Przejdź do głównej zawartości

Posty

Czy wiek jest konstruktem społecznym?

 XXI wiek jest wiekiem młodości. Sorry, ale doświadczenie jest passe. Liczy się młodość i szybkość, masz 60 sekund na przedstawienie swojego pomysłu albo out. Komplementarnie pojawili się tacy, co twierdzą, że wiek to tylko konstrukt społeczny i możemy się z niego wyzwolić a starość będziemy leczyć jak każdą inną chorobę. Może będziemy, ale raczej nie prędko. A te sześćdziesiątki, które reklamują dresy dla młodych, to nie są pomarszczone babuszki z rodziną, tylko genetyczne freaki, które w tym wieku potrafią nadal zrobić szpagat. Nie potrafiłam zrobić szpagatu nawet mając lat 20. A one i tak są tylko sylwetką na zdjęciu, a nie osobą funkcjonującą w grupie. Już widzę, że nie będę osobą starzejącą się "z godnością". Świat 40+ mnie po prostu nudzi. Mogę zignorować reklamy z cyklu 10 must have w szafie każdej kobiety po 40 i ubierać się jak nastolatka, ale wyborów dostępnych dla nastolatki mieć nie będę. Normy dotyczące wyglądu się rozluźniły, ale miejsce w społeczeństwie nie. I ...

waga

 Podobno kobietę łatwiej namówić do podania wieku niż wagi.78. Jakoś nie mam z tym problemu, chociaż może nie rzucałabym liczbami na mównicy. Mniej więcej tyle samo od kilkunastu lat. Na samą myśl, że powinnam schudnąć, zaczynam żreć jak dżdżownica - bez przerwy. Może dlatego, że okres, kiedy ważyłam 48 był absolutnie najgorszy w moim życiu, pod każdym względem. Wewnętrznie mam strach przed byciem szczupłą z całym tym pakietem nieszczęść. Z liczbą problemu nie mam. Z konsekwencjami, za nią idącymi, już bardziej. Bo owszem, co jakiś czas komuś nie pasuję do wizji, ktoś próbuje mnie nauczyć zdrowego odżywania, albo wytłumaczyć, że cukier zabija i uzależnia. Which is not true. Cukier jest niezbędny do życia. I nie wiem jak reszta świata, ale dla mnie wyeliminowanie go w tej najprostszej formie  nie jest problemem. A poza tym przykładam dużą wagę do tego co i jak jem. Czytam etykietki, sprawdzam zależności. Po prostu nie czuję potrzeby zbawiania świata przy tej okazji.

if I were a rich man...

 Dziś w dyskusji pojawił się wątek co bym zrobiła, jakbym teraz miała zagwarantowany duży dopływ gotówki, pozwalający żyć bez pracy? Nie przestałabym pracować. Praca daje mi dużo więcej niż pieniądze i w oderwaniu od pieniędzy mogłaby dawać jeszcze więcej. Miałabym swobodę wyboru, bez uwzględniania "czy to się opłaca" i "czy to jest perspektywiczne". Mogłabym wydać więcej na uczenie się nowych rzeczy i robić to bez zastanawiania się "czy to się sprzeda w cv". Czułabym się lepiej, pieniądze dają wolność, ale same w sobie nie dają szczęścia.

Rebeka Solnit, Mężczyźni objaśniają mi świat

 Po przeczytaniu fragmentu, przeczytałam resztę.  Z jednej strony po przeczytaniu można tylko dodać "amen". Z drugiej strony rozczarowanie. Cytowany przez wydawcę paragraf jest najlepszy i nieadekwatny do reszty. Bo reszta jest owszem, o przemocy wobec kobiet, ale tej czysto fizycznej, oprawionej w ramkę statystyk. Może i warto by taką książkę czytali młodzi mężczyźni, ale po pierwsze i tak nie przeczytają, po drugie to kolejna nudna publikacja. Co z tego, że niemal każda kobieta może jakieś elementy tej statystyki odnaleźć w swoim życiu, a "normalni" mężczyźni totalnie nie zdają sobie sprawy ze skali problemu. W książce mimo dobrego wstępu, zabrakło jednak pochylenia się nad przemocą symboliczną wobec kobiet, inną niż czysty internetowy hejt. Nad przemocą, w ramach której już nauczycielki tłumaczą dziewczynkom, że dziewczynki mają być grzeczne i ładnie się wypowiadać, a chłopcy mają walczyć o swoje i rozwiązywać zadania. Tak się bowiem składa, że na w dużej nośniki...

Mężczyźni objaśniają mi świat

Książki Rebeki Solnit jeszcze nie przeczytałam, ale już sam tytuł i fragment dostarczany przez Legimi https://www.legimi.pl/polka/ebook-mezczyzni-objasniaja-mi-swiat-rebecca-solnit,b187922.html  zapalił mi żarówkę - to jest to co zawsze chciałam powiedzieć o swojej pracy w IT. W punkt. I nie, książka Rebeki nie ma nic wspólnego z IT. Przez kilkanaście lat pracy w IT koledzy mentalnie "głaskali mnie po główce" i objaśniali mi świat, tłumacząc jak działają aplikacje, które świetnie znałam, "te dziwne znaczki", które potrafiłam odczytać równie dobrze jak oni i protokoły wymiany danych, które były równie oczywiste. Próbując rozwiązać problem, milion razy usłyszałam "daj mi kogoś kto się na tym zna" albo "to kto w IT się tym zajmie?". Kilku (a może kilkunastu) kolegów z działów IT w kolejnych firmach nawet nie załapało, że ... pracujemy w tym samym dziale i nie jestem sekretarką, asystentką kogoś tam ani przedstawicielem klienta. I nie, to nie jest wy...

Ludzie

 Nowy rok zawodowo zaczął się dla mnie od informacji, że odchodzi od nas kolejny ze współpracowników. No nie lubię bardzo i odczuwam realną stratę nawet teraz, kiedy odejście z pracy oznacza po prostu, że kolejną zakładkę z chatem zamykam "na zawsze", a człowieka w sumie na oczy nie widziałam. Kilka takich zakładek do zamknięcia ostatnio i chociaż doskonale wiem, że za chwilę koledzy rozmyją mi się w pamięci to i tak mi przykro. Mam poważną dysfunkcję taką, że do ludzi się przyzwyczajam. W świecie korporacji to niewygoda i czasem nachodzą mnie myśli o tym, że dziwny jest ten świat, w którym przez życie przewija się tylu ludzi, a więzi z tego są stosunkowo nieliczne i zwykle dość nędzne. Korpo przyjaźnie żyją tylko w korpo. No bo cóż, w każdej z kilkunastu firm współpracowałam z ponad setką ludzi, lubiłam ich, niektórych nawet bardzo, wypiłam hektolitry kawy i herbaty z niektórymi, z innymi wygenerowałam setki durnych wątków w mailach i komunikatorach w ramach firmowej głupawk...

to tyko pandemia

Bez ściemy, nie do końca rozumiem jak pandemia mogła tak bardzo ludziom pozmieniać styl życia, że siedzą cały dzień w dresie, albo piżamie, albo przysłowiowych gaciach. O 9 rano siedzę przed komputerem uczesana, wystrojona, a nawet wymalowana. Bo taką siebie lubię. Jeśli siedzę w piżamie, to znaczy że z łóżka nie wstałam. W każdym innym przypadku jestem w wersji wyjściowej. Nie widzę powodu, żeby nie i no cóż, moja rodzina siłą rzeczy też jest w wersji wyjściowej. Matka potwór jestem. Nie ma chodzenia w gaciach. Można by powiedzieć, że ta pandemia to gdzieś sobie jest, a u mnie wszystko spoko. Zawsze lubiłam pracować zdalnie. Przechorowaliśmy i nawet to, że to do księcia małżonka zadzwoniło stado znajomych z pytaniem "jak się czuje" wpisuje się w normalność. Książe małżonek jest tym bardziej lubianym elementem tandemu. Pracowałam przez większą część choroby i to też spoko, nawet jak czasem było ciężko. Obrazek idealny, tylko że nie. Na początku pandemii zmieniłam pracę. Na ta...